Pokazywanie postów oznaczonych etykietą what to do when it goes FUBAR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą what to do when it goes FUBAR. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 lutego 2015
sobota, 18 stycznia 2014
Spóźnione przywitanie... i kulki musujące
Witajcie, jestem Patty. Jakoś wcześniej nie udało mi się zebrać w sobie i napisać o sobie i swoich pomysłach... cierpię na chroniczny brak czasu:-) i tymczasowego lenia... Jednakże po kilku prośbach ze strony Uli pt. "no weźże się dziewczyno i coś w końcu napisz" zebrałam siły.. i oto jestem:-) :-)
Na początku chciałabym
się podzielić z wami moim pierwszym pomysłem na prezent - były
to kulki musujące, takie do kąpieli. Znalazłam na jednym blogu
opis prosty i nie wymagający dużej inwencji twórczej - dzięki
Bogu za opisy dla idiotów:-) - i pomyślałam, że skoro to jest
takie proste to czemu nie.. Ula się ucieszy, a ja sprawdzę, czy to
rzeczywiście takie łatwe. Zgodnie z opisem kupiłam sodę
oczyszczoną i kwasek cytrynowy. Dodałam łyżeczkę balsamu -
dobrze, żeby nie był jakiś mocno zapachowy, bo zapachy mogą się
gryźć z olejkami zapachowymi. Do tego kilka kropel olejku
zapachowego.. wymieszałam.... i...
...ponieważ mój brat
czuwał nad moim pomysłem i przyglądał się z zaciekawieniem, co
jego szalona młodsza siostra porabia... otóż moi drodzy.. odwracam
się na chwilę, żeby pochwalić się bratu, że wszystko poszło
zgodnie z planem i że to działa... po czym odwracam się do mojej
stworzonej masy..
...i krzyczę z panika w
glosie: Wojtek, to mi ucieka z pojemnika!!! Dlaczego to rośnie tak
szybko i nagle??!!1
Okazało się, że dodałam
za dużo balsamu. Próba naprawienia błędu nic nie dała - kulki
zaczęły żyć swoim życiem niestety.. Na szczęście posiadam
brata, który lubi chemię i eksperymenty:-) Coś tam pomieszał i
powstały pierwsze kulki, które zapakowałam z dumą i na Mikołajki
wręczyłam Ulciakowi :-). O wrażenia zapytajcie jej.. ale skoro
żyje i chodzi, to kulki wyszły na 4+ :-)
1That's
what she said - przyp. ghUlek
piątek, 17 stycznia 2014
Bluzgatorium, czyli Bitwa o Skany || Swearatorium, or the Battle of Scans
[English version after the jump or here]
Witam ponownie po przerwie! Pochwalę się: na święta dostałam kombajn!
To znaczy, taki na biurko, nie taki na pole. Kto by mi dawał takie narzędzie destrukcji;) Tyle ostrzy...
Tak czy inaczej, poustawiałam wszystko jak trzeba, wydrukowałam coś, zaczęłam skanować... i nagle error. Żeby nie zanudzać: SZEŚĆ GODZIN PÓŹNIEJ...
...byłam w takim stanie, że aż zrobiłam o tym komiks.
Po czym zorientowałam się, że nie mogę go pokazać internetom, bo SKANER PRZECIEŻ NADAL NIE ODPOWIADA.
Machnęłam więc na to wszystko trzecią nogą i poszłam na rowerowy Tour de Wkurw po nocnym, zaplutym deszczem Poznaniu:)
A, następnego dnia w sumie znalazło się rozwiązanie, więc podziwiajcie mój gniew:
Witam ponownie po przerwie! Pochwalę się: na święta dostałam kombajn!
To znaczy, taki na biurko, nie taki na pole. Kto by mi dawał takie narzędzie destrukcji;) Tyle ostrzy...
Tak czy inaczej, poustawiałam wszystko jak trzeba, wydrukowałam coś, zaczęłam skanować... i nagle error. Żeby nie zanudzać: SZEŚĆ GODZIN PÓŹNIEJ...
...byłam w takim stanie, że aż zrobiłam o tym komiks.
Po czym zorientowałam się, że nie mogę go pokazać internetom, bo SKANER PRZECIEŻ NADAL NIE ODPOWIADA.
Machnęłam więc na to wszystko trzecią nogą i poszłam na rowerowy Tour de Wkurw po nocnym, zaplutym deszczem Poznaniu:)
A, następnego dnia w sumie znalazło się rozwiązanie, więc podziwiajcie mój gniew:
![]() |
| Tak, ćwiczę w stanie skrajnego wkurwu. Gdzieś ta energia musi pójść, to niech idzie w cy~cki;) |
środa, 19 czerwca 2013
Dzień Dziecka 2013 - koty kontra motylki! Będzie rozpierducha...|| Children's Day 2013 - cats VS butterflies! It's gonna get messy...
[English version after the jump or here]
Czasem ciężko jest tak po prostu zrobić coś dla siebie. Jesteśmy dziewczynami o bardzo małym... budżecie i decyzja 'farby czy obiady' wcale nie jest łatwa do podjęcia. Na szczęście obie lubimy robić prezenty innym. Robimy je więc sobie nawzajem, wybierając jako pretekst dowolną okazję (Mikołajki? Zając? Dzień Dziecka? Ograniczenia wiekowe są dla Mugoli).
Ostatnio był właśnie Dzień Dziecka, i tym razem postanowiłyśmy utrudnić sobie zadanie, i zarazem ułatwić. Każda robiła listę haseł - pojedyncze rzeczowniki, tytuły piosenek, cokolwiek - spośród których druga losowała jedno, którym się inspirowała przy robieniu prezentu. To było to ułatwienie, bo zawężało zakres poszukiwań początkowej inspiracji. Kiedy można zrobić WSZYSTKO, ciężko spośród tego 'wszystkiego' wybrać jedną rzecz.
Losowanie przeprowadzone zostało przez niezależny podmiot, niejaką KoCichę, bez której nie może odbyć się nic, co dotyczy jakichkolwiek papierków:
Po losowaniu pora na utrudnienie: początkowa inspiracja służy, jak sama nazwa wskazuje, do tego, żeby się nią zainspirować. I wychodząc od niej, stworzyć coś ładnego i przydatnego (tzw. pastojałek nie lubimy).
Jak się okazało, stworzenie czegoś na podstawie jednego słowa może być równie trudne jak stworzenie czegoś z niczego... Przeszedłszy przez fazę paniki i uspokojone, że druga strona ma identyczny problem, przystąpiłyśmy do pracy.
Mi kocia łapka wybrała 'Apocalyptica - Life Burns'.
Teledysk prześliczny i z pomysłem (nie znalazłam go w lepszej jakości, warto poszukać), ale przeniesienie tegoż pomysłu na koszulkę wymagałoby umiejętności, których nie posiadam.
Na szczęście inspiracja spłynęła w postaci jednej z ulubionych scen Pat z anime 'Sailor Moon'.
Są płomienie? Są. Jest kot? Jest. I jego życie jest w tej chwili ciężkie.
Już jakiś czas temu zrobiłam szablon tej sceny na koszulkę. Oczywiście, naszło mnie na to w środku nocy, więc bez dostępu do drukarki, co zaowocowało wykorzystaniem, ekhm, Wyższej Techniki i Profesjonalnego Podejścia i Podświetlanego Stanowiska Pracy:
I taśmy. When in doubt, DUCT TAPE.
Szablon, poprawiony, przeniosłam na koszulkę używając szpilek do zaznaczania punktów przecięcia linii, a potem łącząc te kropki.
To znaczy, drugą wersję szablonu, bo pierwszą zniszczyłam, używając głupiej i nic nie dającej techniki. A już w podstawówce wiedziałam, że papier rozmaka...
Następnie nałożyłam główne plamy koloru. Użyłam dobrych farb akrylowych.
Powtarzam: użyłam dobrych farb akrylowych! Skąd mogłam wiedzieć, że durne chińskie żrące mazaki z nimi ZAREAGUJĄ?!
Kiedy już otoczyłam kociska morzem płomieni, zrobiłam kontury - z braku cieniutkiego pędzelka używając wykałaczki, ale i tak z niezłym efektem.
Po dwóch godzinach snu zapakowałam koszulkę i poleciałam na pociąg.
Akryle schną minimum 3 godziny, a ja mieszkam w wilgotnym lochu.
Nie miałam czasu nawet przeprasować koszulki, żeby utrwalić farbę. Po prostu powiesiłam ją na wieszaku, owinęłam w reklamówkę i poleciałam.
Na dworcu nalatałam się jak dzika, szukając kasy, która sprzeda mi bilet, i goniąc odjeżdżające pociągi.
Nie dogoniwszy, wróciłam do domu... i... czujecie to napięcie?
...i oceniłam rozmiar zniszczeń. I jęknęłam. I wyciągnęłam farby, detergent i szmatkę, by naprawić szkody. A właściwie to sporą część namalować od nowa.
Aaaach, jakże wdzięczna jestem PKP, że zawróciło mnie z drogi i dało mi możliwość naprawy swych błędów. Może powinnam w ramach artystycznejzemsty zapłaty namalować im coś ładniutkiego na wagonach?
Jedynym plusem jest fakt, że tym razem do konturów użyłam szpilki, dzięki czemu były ździebko subtelniejsze.
Jako że znowu miałam ciopąg za godzinę, byłam zmuszona znaleźć jakiś sposób transportu schnącego dzieła. I tak powstało najobrzydliwsze pudełko prezentowe świata:
Spełniło swoja rolę, a w pociągu przyciągało spojrzenia. Również w pociągu powstała do niego kilkunastostronicowa instrukcja obsługi, ale to kiedy indziej.
I tak spotkałyśmy się na dworcu, Kot i Pat, każda z wielkim kartonowym pudłem. Ale przyznam, że Patowa zawartość była lepiej zaaranżowana:
Czasem ciężko jest tak po prostu zrobić coś dla siebie. Jesteśmy dziewczynami o bardzo małym... budżecie i decyzja 'farby czy obiady' wcale nie jest łatwa do podjęcia. Na szczęście obie lubimy robić prezenty innym. Robimy je więc sobie nawzajem, wybierając jako pretekst dowolną okazję (Mikołajki? Zając? Dzień Dziecka? Ograniczenia wiekowe są dla Mugoli).
Ostatnio był właśnie Dzień Dziecka, i tym razem postanowiłyśmy utrudnić sobie zadanie, i zarazem ułatwić. Każda robiła listę haseł - pojedyncze rzeczowniki, tytuły piosenek, cokolwiek - spośród których druga losowała jedno, którym się inspirowała przy robieniu prezentu. To było to ułatwienie, bo zawężało zakres poszukiwań początkowej inspiracji. Kiedy można zrobić WSZYSTKO, ciężko spośród tego 'wszystkiego' wybrać jedną rzecz.
Losowanie przeprowadzone zostało przez niezależny podmiot, niejaką KoCichę, bez której nie może odbyć się nic, co dotyczy jakichkolwiek papierków:
![]() |
| Już się zapakowałam i jestem prezentem! |
Jak się okazało, stworzenie czegoś na podstawie jednego słowa może być równie trudne jak stworzenie czegoś z niczego... Przeszedłszy przez fazę paniki i uspokojone, że druga strona ma identyczny problem, przystąpiłyśmy do pracy.
Mi kocia łapka wybrała 'Apocalyptica - Life Burns'.
Na szczęście inspiracja spłynęła w postaci jednej z ulubionych scen Pat z anime 'Sailor Moon'.
![]() | |||
| - Tatuśku! Jak dobrze, że cię znalazłam! | - | ARTEMIS!!! | - Luna, to nie tak... |
Są płomienie? Są. Jest kot? Jest. I jego życie jest w tej chwili ciężkie.
Już jakiś czas temu zrobiłam szablon tej sceny na koszulkę. Oczywiście, naszło mnie na to w środku nocy, więc bez dostępu do drukarki, co zaowocowało wykorzystaniem, ekhm, Wyższej Techniki i Profesjonalnego Podejścia i Podświetlanego Stanowiska Pracy:
![]() |
| Pełna profeska, c'nie? |
Szablon, poprawiony, przeniosłam na koszulkę używając szpilek do zaznaczania punktów przecięcia linii, a potem łącząc te kropki.
To znaczy, drugą wersję szablonu, bo pierwszą zniszczyłam, używając głupiej i nic nie dającej techniki. A już w podstawówce wiedziałam, że papier rozmaka...
Następnie nałożyłam główne plamy koloru. Użyłam dobrych farb akrylowych.
![]() |
| Widzicie zielony kontur? |
Kiedy już otoczyłam kociska morzem płomieni, zrobiłam kontury - z braku cieniutkiego pędzelka używając wykałaczki, ale i tak z niezłym efektem.
Po dwóch godzinach snu zapakowałam koszulkę i poleciałam na pociąg.
Akryle schną minimum 3 godziny, a ja mieszkam w wilgotnym lochu.
Nie miałam czasu nawet przeprasować koszulki, żeby utrwalić farbę. Po prostu powiesiłam ją na wieszaku, owinęłam w reklamówkę i poleciałam.
Na dworcu nalatałam się jak dzika, szukając kasy, która sprzeda mi bilet, i goniąc odjeżdżające pociągi.
Nie dogoniwszy, wróciłam do domu... i... czujecie to napięcie?
...i oceniłam rozmiar zniszczeń. I jęknęłam. I wyciągnęłam farby, detergent i szmatkę, by naprawić szkody. A właściwie to sporą część namalować od nowa.
Aaaach, jakże wdzięczna jestem PKP, że zawróciło mnie z drogi i dało mi możliwość naprawy swych błędów. Może powinnam w ramach artystycznej
Jedynym plusem jest fakt, że tym razem do konturów użyłam szpilki, dzięki czemu były ździebko subtelniejsze.
Jako że znowu miałam ciopąg za godzinę, byłam zmuszona znaleźć jakiś sposób transportu schnącego dzieła. I tak powstało najobrzydliwsze pudełko prezentowe świata:
![]() |
| Koszulka rozpięta oczywiście na taśmie klejącej. |
Spełniło swoja rolę, a w pociągu przyciągało spojrzenia. Również w pociągu powstała do niego kilkunastostronicowa instrukcja obsługi, ale to kiedy indziej.
I tak spotkałyśmy się na dworcu, Kot i Pat, każda z wielkim kartonowym pudłem. Ale przyznam, że Patowa zawartość była lepiej zaaranżowana:
![]() |
| Motylki! |
Subskrybuj:
Posty (Atom)













